Nad obozowiskiem orków w Górach Środkowych, gdzieś w pobliżu Middenheim rozległ się przeciągły ryk. Jako że dopiero świtało, zapowiadał się długi i ciężki dzień dla jego załogi. Każdy z wojowników znał aż za dobrze ten dźwięk, który nieodzownie oznaczał kłopoty: wielki wódz Grimgor Żelazoskóry był zły, a kiedy on był zły, nikt nie mógł być pewien dnia ani godziny odejścia do krainy Gorka i Morka. Wybudzeni ze snu wojownicy i drzemiący przy ogniskach wartownicy szukali odruchowo wzrokiem swoich kamratów. W tym instynktownym stadnym działaniu zawarta była starożytna mądrość zielonoskórych - lepiej być w większej grupie, bo wtedy rosną szanse, że to sąsiadom stanie się coś złego.
"AAAAA!!" - wrzeszczał wniebogłosy wielki wybraniec Morka i Gorka. Jego osobista straż, straszliwe czarne orki, weterani setek bitew, skurczyli się jakby i zapadli w sobie. Przypominali teraz raczej przestraszone gobliny, niż bandę herosów, którzy wbili w glebę Wybrańców, osobistą straż Wszechczempiona chaosu Archaona, podczas gdy ich przywódca kończył swoim straszliwym toporem żywot Władcy Końca Czasów. Wojownicy odruchowo poszukali wzrokiem swojego lidera, Taugreka Dusiciela, osobistego chorążego Grimgora. Takie sceny powtarzały się niemal co noc odkąd wrócili "do domu". Nawet tak przebiegły i doświadczony ork jak Taugrek nie umiał pomóc swojemu panu. "ZABIERZCIE TO Z MOJEJ GŁOWY!" - rozległ się kolejny ryk. Taugrek poczuł na sobie palące spojrzenia swoich pobratymców. Ktoś musiał coś z tym wszystkim zrobić i wszyscy wokół uważali, że tym kimś jest właśnie on. Nie podobała mu się to, ale bycie prawą ręką szefa zobowiązuje. Doświadczony ork zebrał się w sobie i uchylił płachtę wejścia do namiotu dowódcy.
"Szef w końcu zasnął" - odetchnął chorąży, rozcierając bolącą szczękę, "ale to nie koniec problemów, bo znowu przyśni mu się ten koszmar. Co robić?" Nagle przypomniał sobie, że któryś z goblinów w obozie poniżej opowiadał swoim koleżkom o jakimś szalonym wróżbicie. Cóż, w tej sytuacji to ich jedyna nadzieja. "Chopaki, migiem dawać mi tu tego szemranego wróżbitę. Na jednej nodze" - wydał rozkaz.
Stary ork-szaman z sękatą lagą wszedł do namiotu. Spojrzał na leżącego Grimgora i od razu zauważył, że dzieje się coś złego. Wielki herszt orków, bohater całej nacji, wykrzykiwał co chwila nerwowo coś przez sen. Podawał nazwy nieznane nikomu w jakimś dziwnie zniekształconym języku. "Co mu jest konowale?" - zapytał szorstko chorąży. Szaman nie lubił Taugreka od pierwszego spotkania i wiedział, że adiutant mu nie ufa. Ale w sumie przyznawał mu rację: on też martwił się o największego z żyjących orków. "Duchy przez niego mówią" -odparł- "ale nie rozumiem co. Muszę poprosić bogów, aby zesłali mi wizję". Szaman wyciągnął z kieszeni fajkę i poprosił Taugreka o jej odpalenie. Ten wyszedł na chwilę z namiotu i powrócił po chwili z dymiącym cybuchem. Szaman dosypał sobie do mieszanki jakiś wonnych ziół, po czym pyknął kilka razy, zamknął oczy i zaczął kołysać się rytmicznie wprzód i w tył, nucąc jakąś jazgotliwą melodię. Po chwili zasnął, ale przez sen kontynuował wszystkie czynności w takiej samej kolejności, jak przed zaśnięciem.
Otworzył oczy i natychmiast zamknął je oślepiony. Tym razem ostrożnie uchylił powieki i dostrzegł wszechogarniającą biel. Każdy centymetr terenu pokryty był grubą czapą śniegu. Poczuł falę przenikającego zimna. Byli za długo w tym cholernym lesie, zziębnięci i głodni. Wydawało się, że te przeklęte elfy są już pokonane. Jego pobratymcy postawili już nawet totem upamiętniający jego wielkie zwycięstwo. Jednak gobliny doniosły mu, że te słabiaki zgromadziły się wokół wielkiego drzewa i szykują się do ostatecznej bitwy. Dobrze, jeśli chcą bitki, będą ją mieć. On i jego chłopaki zgotują im krwawą łaźnię, a potem będą bez przeszkód polować w tych lasach, wypoczywając w elfich leżach. Po tym, co ich tutaj spotkało zasłużyli na odpoczynek. "Dobra wredniaki. Zbierać manele, idziemy dać łupnia tym panienkom. Jeszcze jeden wysiłek i las jest nasz!!!" - wrzasnął inspirująco. Odpowiedział mu zgodny chórek gromkich okrzyków aprobaty. Wódz zastanawiał się ile pary w nich jeszcze zostało, bo on sam był już na skraju poczytalności, bliski szaleństwa z wycieńczenia, głodu, zimna i poczucia beznadziei. "Jeszcze tylko jeden tyci wysiłek" przekonywał sam siebie.
Jego banda zbliżała się już szparkim krokiem do wielkiego drzewa, które było widać teraz w całej okazałości. Było olbrzymie i herszt zastanawiał się na ile ognisk wystarczy. Z drugiej strony olbrzymiej polany, na której stało drzewo poruszyły się cienie. Ork usłyszał znajomy świst, gdy elfy rozpoczęły swoje powitanie. I tak jak niezliczoną ilość razy w ciągu poprzednich tygodni jego dzielni wojacy, i oczywiście on sam, ruszyli z impetem w kierunku drzew. Strzały w końcu się skończyły i elfy zmuszone były dobyć broni ręcznej. Pomimo ich całej zręczności brutalna siła i odporność na rany oraz zmęczenie zielonoskórych zaczęły brać górę. Herszt wyczuł ten moment i zaryczał triumfalnie. I rozejrzał się zdziwiony: elfy tym razem nie uciekały, najwyraźniej uznały, że nie ma już dokąd. "Świetnie, a więc to tu i teraz położymy ich wszystkim trupem" skonstatował i rzucił się na powrót w wir bitwy, wiedziony żądzą szlachtowania co popadnie.
Nagle olbrzymie drzewo otworzyło się z trzaskiem i ze środka wydostał się oślepiający blask. Walczący stanęli na chwilę oszołomieni niezwykłym zjawiskiem. Kiedy odzyskali swoje zmysły, byli zdolni usłyszeć unoszący się ponad polem bitwy i całym okolicznym lasem przerażający dźwięk rogu. Była w nim duma i nieustępliwość, jedni usłyszeli w nim groźbę zagłady, drudzy obietnicę zwycięstwa. Herszt rozejrzał się po okolicy poszukując właściciela złowieszczego rogu. Coś olbrzymiego wyskoczyło po drugiej stronie polany. Wykonało zamach i cisnęło czymś. Momentalnie zawtórowały mu okrzyki umierających w potwornych męczarniach orków. Rozmyty kształt powrócił do dłoni właściciela, gdy ten zaryczał wściekle i ruszył do szarży. Teraz herszt mógł przyjrzeć się dokładnie najbardziej przerażającej istocie, jaką było mu dane w życiu zobaczyć. Ponad dwumetrowy stwór z bujną czupryną, którą wieńczyły ogromne jelenie rogi, biegł bardzo szybko na potężnie umięśnionych nogach zakończonych kopytami, które krzesały iskry przy każdym zetknięciu z podłożem. Orki stanęły jak wryte, patrząc w niemym zachwycie, jak wielki buzdygan, w który uzbrojony był stwór, sieje śmierć i zniszczenie w ich szeregach. Wódz jako pierwszy otrząsnął się, krzyknął gromko wyzwanie i natarł na istotę. Olbrzym odwrócił się tylko, zamachnął uzbrojoną ręką i herszt z przerażeniem zauważył, jak wielki ozdobny buzdygan przełamuje jego gardę, rozbijając zaufany topór na setki kawałków. Nie zdążył nawet krzyknąć, kiedy poczuł, jak ucieka z niego życie.
Resztek sił starczyło mu tylko na to, żeby otworzyć oczy. Dookoła była tylko cisza. Pomyślał, że musi z nim być naprawdę źle, bo zobaczył najpiękniejszą istotę w całym swoim życiu. Cudownie urodziwa elfka niezwykłych rozmiarów sunęła w powietrzu machając wspaniałymi motylimi skrzydłami. Zatrzymała się na chwilę przy pobliskim totemie zwycięstwa orków, machnęła śliczną dłonią uzbrojoną w dziwnie powykrzywianą różdżkę. Śnieg wokół totemu momentalnie się roztopił. Herszt poczuł błogie ciepło. Nie zdążył już zauważyć roślinki kiełkującej w pobliżu symbolu jego zwycięstwa i upadku. Wyzionął ducha.
"AAAAA!" "AAAAA!" zakrzyknęli obaj śpiący unisiono i momentalnie obudzili się. Wódz Grimgor otworzył swoje przekrwione ślepię i łypnął złowrogo na szamana. "Mów kim jesteś i co mi zrobiłeś, zanim odgryzę Ci głowę!" wrzasnął. "Jestem eremita Wurrzag. Właśnie śniliśmy wspólnie sen, który musiał być odległym wspomnieniem jakiegoś ducha. Nieprzyjemnie jest umierać czyjąś śmiercią!" odrzekł starzec. "Wygląda na to, że duch chce, żeby dokończyć jego niedokończoną wyprawę. Kiedy byłem młodym orkiem słyszałem historię, która zdaje się pasować do tego snu. Jest tam totem obrośnięty przez drzewo i legenda o wielkim bohaterze" wyjaśnił. "Dobrze - ryknął herszt - prowadź mas. Jeśli to ma wypędzić duchy z mojej głowy". Wykrzyczał naprędce rozkazy dla swojej hordy. "A wielki rogacz jest mój!" - ryknął wściekle.